Odcinanie poglądów. Trzy wersy praktyki według Maczik Labdryn

Charlotte Rotterdam

Jak nauczała Maczik Labdryn, założycielka linii Czöd, nie ma takiego poglądu, którego nie da się odciąć, ani takiego punktu widzenia, którego nie można odpuścić. Charlotte Rotterdam przedstawia trzy wersy nauk Maczik Labdryn, które możemy zastosować w codziennym życiu.


Zwróć się ku temu, co budzi obrzydzenie lub lęk. Te słowa Maczik Labdryn, wielkiej tybetańskiej jogini z XI wieku, od samego początku przyciągnęły mnie do jej nauk. Pogląd ten – tak odmienny od typowej ludzkiej reakcji, polegającej na unikaniu lub odpychaniu brzydkich czy zagrażających aspektów życia – przypomniał mi moje dzieciństwo, kiedy wraz z mamą, która była patologiem, spędzałam dużo czasu w kostnicy i z fascynacją patrzyłam, jak się piłuje czaszkę albo otwiera jamę brzuszną, żeby wyjąć z nich mózg i inne organy. W kostnicy panował dziwny spokój, przy którym upiorność tego miejsca stawała się czymś normalnym. Te obrazy z dzieciństwa przydają mi się, kiedy praktykuję Chöd, znaną praktykę Maczik, w której plastycznie wyobrażamy sobie, że składamy ofiarę ze swojego ciała, by mogły się nią pożywić różne istoty, zwłaszcza te najbardziej demoniczne.

Z naukami o transformacji tego, co makabryczne, w codzienność, blisko wiążą się głębokie nauki o współczuciu i radykalnej inkluzywności. Maczik mówi wręcz, że prawdziwe wyzwolenie można osiągnąć tylko wtedy, gdy zetkniemy się, a nawet nakarmimy to, co uważamy za najbardziej „obce”. Dopóki ktoś lub coś jest „tam”, dopóty tkwimy w więzieniu naszego dualistycznego myślenia. Nieustannie przyjmujemy postawę obronną, a z naszych przekonań i wartości wznosimy twierdzę, która ma trzymać wrogów z daleka. Tak właśnie możemy zrozumieć poruszające słowa Maczik: „Z kochającym umysłem zatroszcz się czule o wrogich bogów i demony złudnej rzeczywistości i z łagodnością wejdź pośród nie”. Bo właśnie te wewnętrzne i zewnętrzne demony, te najtrudniejsze aspekty naszego doświadczenia pokazują nam, gdzie zbudowaliśmy mur pomiędzy sobą a innymi ludźmi, gdzie wytyczyliśmy granicę oddzielającą terytorium naszych utrwalonych przekonań, usankcjonowanych zachowań i wygodnego poczucia, że otacza mnie to, co znajome, od terenu nieznanej dzikości wszystkiego, co odrzucane. 

Maczik twierdzi, że prawdziwa wolność polega na uświadomieniu sobie nie-oddzielenia. Gdy troszczymy się o nasze demony, ta prawdziwa wolność staje się coraz bardziej wyczuwalna. Nauki Maczik na temat odcinania (dosłowne tłumaczenie słowa „chöd”) mówią o pozbyciu się całkowicie błędnego pojmowania własnej tożsamości jako oddzielenia od „nie ja”. Istotą Chöd i ostatecznego odcięcia, mówiła Maczik, jest rozpoznanie natury umysłu: niewysłowionej, świetlistej podstawy istnienia, która sama nie ma podstawy. To punkt wyjścia i jednocześnie koniec nauk Maczik, które są zakorzenione w obfitej tradycji Pradżniaparamity, transcendentalnej mądrości.

Pokochałam nauki Maczik nie z powodu wielobarwnego bogactwa sformalizowanych przez nią praktyk czy złożoności jej tekstów filozoficznych, ale za bezpośredniość i budzącą emocje surowość jej wglądów, które kierują nas wprost ku naturze umysłu. Od dawna zbieram króciutkie fragmenty nauk, które mogą być tym samym, co słynne hasła Lodziong pomagające zwykłym ludziom połączyć praktykę z codziennym życiem. Słowa Maczik pochodzące z dzieł jej autorstwa, także przypominają nam, jak można wpleść do praktyki i zwyczajnych czynności radykalne współczucie i absolutny pogląd o pustce. Przedstawiam tu garść refleksji na temat kilku wersów, które moim zdaniem stanowią istotę wszystkich nauk Maczik i które okazały się dla mnie szczególnie pomocne. (Angielskie tłumaczenie wersów znajduje się w książce Sarah Harding Chöd: The Sacred Teachings on Severance, Tsaundra Foundation, Shambala Publications, 2016.)

Kiedy nie musimy obstawać przy poglądzie o niezakłóconym pojawianiu się wszystkiego, bezstronne doświadczenie pojawia się jako podstawowa przestrzeń. Ostatecznym odcięciem jest brak poglądu. 

Jedna z pierwszych buddyjskich nauk, które otrzymałam, dotyczyła „poglądu, medytacji i działania”, czyli ścieżki, która wiedzie nas od mądrości pustki do jej współczującego manifestowania w życiu. Pogląd jest podstawą wszystkiego, co następuje po nim. Nasze przekonania na temat istoty natury ludzkiej albo fundamentalnej natury rzeczy mają wpływ na nasze decyzje i działania. Pogląd jest tu kluczowy. Czy definiuje nas podstawowa dobroć, czy pierwotne splamienie?

Pogląd porządkuje nam świat, pozwala go zrozumieć, rozpoznać, co jest słuszne i prawdziwe. W tym sensie zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Świadomość, że w coś wierzymy, daje wielką ulgę. Ogląd świata jest jak grunt pod nogami. Ale jednocześnie w ten sposób pogląd się utrwala. Świat i jego doświadczanie są obklejone etykietkami „dobre” i „złe”, „słuszne” i „niesłuszne”, „dla mnie” i „przeciwko mnie”. Jest w tym mało miejsca na świeżość czy ruch. Ideologie fundamentalistyczne wznoszą się na poglądzie, który stwardniał i znieruchomiał.

Nasze demony to świetne podpowiedzi, gdzie nasze poglądy się utwardziły. Mój demon ciągłego bycia zajętą wynika z przekonania, że dopiero jestem coś warta, gdy coś robię. Demon zewnętrzny albo wróg pokazują, gdzie wyznaczyłyśmy grubą linię dzielącą akceptowalne i nieakceptowane, właściwe i niewłaściwe (naturalnie mamy na to rozsądne uzasadnienia). Kiedy Maczik mówi, żebyśmy z czułością weszły między demony, zachęca nas do większej uważności na to, jakie poglądy wyznajemy, a zwłaszcza na to, do jakich jesteśmy przywiązane.

W tej radykalnej nauce Maczik mówi, że mamy uwolnić wszystkie przekonania. Wyprzedziła w tym Longczenpę, wielkiego mistyka z XIV wieku, który powiedział: najlepszy pogląd to brak poglądu. Najważniejsze odcięcie to odcięcie przywiązań do konkretnych poglądów, nawet jeśli wydają się nam głęboko duchowe, mądre i niezwykle słuszne. To zaproszenie do porzucenia twardego gruntu, jaki zapewniają nam przekonania.

Oczywiście każdy pogląd jest ograniczony, stronniczy, niekompletny. Gdy opowiadamy się za jednym, tracimy dostęp do wszystkich innych, dajemy się wciągnąć w grę polegającą na dostarczaniu dowodów i ich obalaniu. Ale najwyższa prawda, pogląd absolutny, wykracza poza każdy pojedynczy pogląd – w innym wypadku byłaby tylko częściowa. Najwyższa prawda jest pusta. Jest takie cudowne powiedzenie: prawda nie ma żadnych uchwytów. Prawda, najwyższy pogląd, nie pozwala nam się niczego uchwycić, nie podsuwa podpórek. Nie zgadza się na twardy grunt pod stopami. Odetnijcie grunt, mówi Maczik. A być może w przestrzeni, które pozostanie, będziemy mogli spocząć w poglądzie, który wykracza poza idee, poza punkty widzenia i tak naprawdę jest „brakiem poglądu”. 

Co przypomina nam słynną mantrę Pradżniaparamity – Gate, gate, paragate, parasamgate, bodhi suaha – która odcina wszystkie poglądy i przekonania o naturze rzeczywistości: eternalizm, nihilizm, „to i to”, „albo to, albo to”. Co nam wtedy pozostaje? Bodhi, przebudzenie, niech tak się stanie.  

Maczik prowadzi nas na próg Wielkiej Matki, Pradżniaparamity, podstawy istnienia, która nie ma podstawy. Z jednej strony jest to przerażające; nasze uchwyty, etykietki, nasza tożsamość i hołubione przekonania znikają. A jednocześnie jest w tym ogromne wyzwolenie, największe wyzwolenie. Już nie musimy bronić prawdy. Nie musimy trzymać się naprawianej przez całe życie chybotliwej podpory, jakiegoś poglądu na świat. Kiedy poglądy znikają, możemy otworzyć ramiona dla bezkresnej, otwartej przestrzeni, Wielkiej Matki, do której wszystko jest dopuszczone (a wręcz mile widziane), nie dlatego, że jest słuszne lub niesłuszne, dobre dla nas lub niedobre, ale dlatego, że po prostu jest.

Przebudzić się oznacza doświadczyć rzeczywistości taką, jaka jest. Poeci tworzący haiku już dawno mieli rację, kiedy w delikatnym szczególe każdej pojedynczej rzeczy pokazywali nam obraz wszechświata. Dostrzegam smugę światła słonecznego na otwartej książce, słyszę cykanie świerszczy i odległy szum samolotu na niebie. Odciąć wszystkie przekonania to skierować oczy na świat. W końcu stajemy się wszystkim. Tak jak Awalokiteśwara z tysiącem rąk i tysiącem oczu widzimy więcej i robimy więcej. Chcemy wejść w buty drugiej osoby. A potem następnej. Z tego miejsca dostępne są wszystkie poglądy, można poznawać wszystkie punkty widzenia, tutaj wyłaniają się wszystkie możliwości działania i nie-działania.

W codziennym życiu możemy nadal ubierać się w ten czy inny światopogląd, wciąż możemy angażować się w jakąś słuszną sprawę. Ale teraz pogląd staje się zręcznym środkiem. Zadajemy sobie pytanie: który pogląd jest najbardziej pomocny, przynosi największe korzyści? Który pogląd będzie sprzyjał skutecznemu działaniu? A potem puszczamy go jak narzędzie przydatne tylko przez jakiś czas. Kiedy już uwolnimy – albo odetniemy, jak mówi Maczik – każdą ideę „właściwego poglądu”, zyskujemy dostęp do wszystkich poglądów jako zasobów.

Na koniec tych refleksji chciałabym zwrócić uwagę na pewien paradoks zawarty w przytaczanym wersie. Najwyższe odcięcie odznacza także puszczenie przywiązania do „braku poglądu”, najważniejszego poglądu Dharmy. Jest taka chwila na ścieżce, kiedy wydaje nam się, że „zrozumieliśmy”. To moment „Aha!”, a wtedy, bardzo delikatnie, chwytamy się go, trzymamy, chcemy tę wiedzę zachować. Ale musimy odciąć i puścić nawet tę pozornie doskonałą mądrość. To jest właśnie Dharma wykraczająca poza słowa, poza utrwalanie i zastyganie. Ten wers, jeśli ma coś oznaczać, powinien być zapisany znikającym atramentem. Wkładamy kartkę do kieszeni, ale kiedy ją wyjmujemy, widzimy jedynie czysty papier, otwartą przestrzeń. 

Nie sądzę, by kiedykolwiek udało nam się do końca „uchwycić” te nauki; to by było sprzeczne z ich pierwotnym przekazem. Ale mogą one być dla nas nieustającym przypomnieniem. Co mogę puścić? Co się stanie, jeśli puszczę ten pogląd lub przekonanie? Poczuję, że grunt usuwa mi się spod stóp? Będę umiała rozluźnić się w nieznanej przestrzeni i jednocześnie powrócić do swojej ścieżki w świecie, do mojej pracy, do moich obowiązków? Może przy bardziej elastycznym umyśle serce bardziej się otworzy.

Przyjmij ciężar stanów i okoliczności, które się przejawiają. Jeśli nie uniesiesz ciężaru wszystkich zjawisk, nie wyzwoli cię lekarstwo szczęścia i spokoju. 

Praktyka medytacji może nam przynieść doznania wielkiej błogości, jasności czy pustości – mówi się o nich njam lub zwodnicze efekty praktyki. Nagle, pośród tego, co wydaje się huraganem współczesnego życia, znajdujemy ukojenie, przebłysk autentycznego spokoju, słodki smak szczęścia wykraczający poza zwyczajne rozumieniem „radości” i „smutku”. Doświadczenia te często odczuwamy jako bardziej prawdziwe czy autentyczne, bardziej zgodne z rzeczywistością podstawowego stanu niż pomieszany, chaotyczny stan codzienności. Może się zdarzyć, że zaczniemy łaknąć jedynie tych wysublimowanych chwil. Ach, gdyby tak porzucić życie, w którym są rachunki za prąd, korki, pranie – uciec w góry, do romantycznej jaskini, gdzie radośnie wyrzekniemy się wygód współczesnego świata w zamian za czyste powietrze i przebudzony umysł! Domyślam się, że wszystkie miałyśmy takie chwile, kiedy rozmyślałyśmy nad wielką ucieczką. Rzeczywiście, nie brakuje tekstów, które nawołują nas do znalezienia odludnego górskiego szczytu lub występu w ścianie skalnej, gdzie mogłybyśmy porzucić troski samsarycznego życia. 

Jednak Maczik jasno i wyraźnie przestrzega nas, abyśmy nie unikały tego, co można by uznać za zwykłe „zjawiska”, wydarzenia codziennego życia. Ten wers to wezwanie bodhisattwy, proklamacja bezkresnego współczucia, życia z otwartym sercem i ze świadomością wszystkich aspektów człowieczeństwa. „Przyjąć ciężar” oznacza przyjęcie pełnego pakietu bólu i radości; oznacza nieodwracanie się od siebie samej i innych, w całym naszym pięknie i brzydocie. „Przejawiające się okoliczności” mogą być soczystym smakiem świeżej, rozpływającej się w ustach maliny, pokrzepiającym dotykiem ukochanej osoby, zasłużonym zadowoleniem z osiągnięcia czegoś. Nie odwracaj się. Innym razem przejawiające się warunki będą łamać nam serce – ostatnie słowa umierającej przyjaciółki, nierozwiązany konflikt z kimś bliskim, echa okrutnej przeszłości, płonący nienawiścią polityczny jad, rozdzierające serce obrazy niepotrzebnego cierpienia. Nie odwracaj się. Jeżeli nasza ścieżka ma być uczciwa, musimy bez wahania objąć to wszystko.

Życie duchowe nie jest lekiem na zwyczajność życia; uciekanie przed czymkolwiek nie jest celem. Prawdziwe wyzwolenie musi zawierać w sobie wszystko, wszystkie aspekty wewnętrznych i zewnętrznych doświadczeń, jakkolwiek nieprzyjemne by były. Prawdziwe szczęście i spokój powstają tylko po tym, kiedy mamy odwagę zajrzeć pod każdy kamień. Tylko wtedy jesteśmy prawdziwie nieustraszone, kiedy potrafimy zapuścić się w ciemne zaułki naszej psychiki i spojrzeć w oczy naszym najgłębszym lękom. 

„Przyjąć ciężar” oznacza także brać odpowiedzialność, nie tylko za to, co zrobiłyśmy lub czego nie zrobiłyśmy, ale za całą katastrofę istnienia. To znaczy widzieć, że zawsze, w sposób nieunikniony, jesteśmy jego częścią – jako ciemiężycielki i uciemiężone w nieustającej dynamice sprawiedliwości i niesprawiedliwości, władzy i uprzywilejowania, bólu i cierpienia. Nie ma drogi wyjścia, nie ma ucieczki. Nie ma kosmicznego guzika z napisem pauza.

„Nieść ciężar” możemy na różne sposoby. Pamiętam, kiedy jako dziecko widziałam na 5. Alei w Nowym Jorku ogromną metalową rzeźbę Atlasa niosącego na barkach kulę ziemską: jego ciężką głowę, zgięte plecy, niezmiernie silne ramiona podtrzymujące świat, który chciał go zgnieść. Często tak właśnie przemierzamy życie, ciągle obarczone prawdziwym lub wyobrażonym ciężarem naszego przeznaczenia, obowiązków narzuconych przez nas same lub innych. Katorga życia. Buddyzm oferuje alternatywny obraz – Pradżniaparamity, Wielkiej Matki, która w swoim łonie pełni daje życie wszystkim rzeczom, obejmuje wszystkie istoty swoimi ramionami, nieograniczonymi, zawsze karmiącymi i zawsze obecnymi. Jest opisywana jako przestrzeń, bezkres, który może pomieścić wszystko, ponieważ sam nie jest „czymś”. Przestrzeń przyjmuje wszystko, ale wypełnienia nie doświadcza jako ciężaru czy opresji. „Unieść ciężar wszystkich stanów i okoliczności, które się przejawiają” tak jak Pradżniaparamita to rozpoznać siebie w nieskończonej przestrzeni wspólnych połączeń ze wszystkimi istotami. Ta współzależność jest czymś dodającym mocy, ożywczym. Obejmujemy wszystkie rzeczy i same jesteśmy czule podtrzymywane.

Posunę się jeszcze krok dalej i zasugeruję, że właśnie w zanurzeniu się w przejawiających się warunkach można odnaleźć szczęście i spokój, których szukamy w życiu duchowym. Rozpoznajemy podstawę istnienia, kiedy wchodzimy w intymną relację z jej emanacjami. Pojawiające się okoliczności odbijają wielorakość podstawy – niewinny uśmiech noworodka, zaczerwienione od płaczu oczy, zaciśnięte gniewem usta. Nie ma jednego sposobu, w jaki manifestowałaby się podstawa, ale wszystkie one prowadzą do podstawy, jakkolwiek łagodna lub bezlitosna by ta podróż była. Nieść ciężar pojawiających się okoliczności to rozpoznać każde zjawisko jako bramę do doświadczenia przebudzonego serca. Jest to wezwanie Maczik, abyśmy otwierały serca-umysły, znowu i znowu. Szczęście i pokój, o które tak walczymy, są w rzeczywistości zawsze tutaj, nie są czymś dla wybranych, lecz jak wszystkim znana tajemnica są schowane w zakamarkach codziennego życia, a buddowie puszczają do nas oko, gdy mijamy ich na ulicy.

Nie szukaj, nie praktykuj; spoczywaj w swojej naturze.

Dużą część każdego naszego dnia pochłania dążenie do tego czy tamtego – pogoń za lepszym życiem, lepszym partnerem, lepszym pomysłem, a może tylko kubkiem lepszej herbaty. Definiujemy siebie głównie poprzez to, do czego dążymy. Nasze dążenia nas napędzają, inspirują i, zbyt często, dręczą i torturują. Oczywiście, współczesna gospodarka i globalny marketing zostały tak zbudowane i zaprogramowane, by wspierać naszą skłonność do ciągłych poszukiwań. Poszukujemy, ponieważ przeczuwamy, przypuszczamy, że jest coś, co zapewni nam mniejsze lub większe poczucie satysfakcji, spokoju i pełni. Jednak zawsze jest ono „gdzieś tam”, czyż nie? A nas tam jeszcze nie ma. Jeszcze nie udało nam się tam dotrzeć. Może niedługo, może to już za następnym rogiem. Oto haczyk, na którym trzyma nas dążenie: obietnica, że prawie tam jesteśmy. Maczik mówi: porzuć to, przestań szukać. Odpuść. Po prostu przestań. 

Ale co wtedy? Czym wtedy będę? Kim wtedy będę?

Abyśmy nie myślały, że to się odnosi tylko do samsarycznej egzystencji, Maczik mówi dalej, abyśmy porzuciły również duchowe dążenia: „nie praktykuj”. Przez lata starałam się wypracować rutynę codziennej praktyki. Wykroiłam sobie bezcenny kawałek czasu rano, przed wschodem słońca, na mój czas na praktykę. Kocham praktykę. Podtrzymuje mnie, nagradza, żywi. Jednak nawet nasza praktyka może nasiąknąć tą cechą poszukiwania – dążenia do głębszego wglądu, bardziej transcendentalnego doświadczenia, dłuższej koncentracji. Sama idea praktyki – ćwiczenia się w czymś – wywołuje poczucie, że praktykujemy po coś, jak gdyby pewnego dnia miało się wreszcie wydarzyć to coś prawdziwego. Kiedy bardzo się przykładamy, by w końcu wyzwolić swój umysł, może pojawić się subtelna forma agresji. Ścieżka może stać się sztywna, zastygnięta w swoim jedno-upunktowieniu. „Nie praktykuj”, mówi Maczik. Ale co wtedy? Co z moimi ukochanymi sadhanami, moim porannym romansem z poduszką do medytacji, całym moim zasobem metod pracy z umysłem?

Pytanie brzmi: co zostanie, kiedy przestaniemy szukać, kiedy przestaniemy praktykować? Co zostanie, kiedy rozluźnię pięść zaciśniętą na mojej ścieżce, zewnętrznej – z jej słodkimi obietnicami spełnienia i sensu w ludzkim świecie – i wewnętrznej, dającej schronienie mojemu sercu i umysłowi? Na początku być może poczujemy subtelne ściśnięcie strachu. Wymaga się ode mnie, abym porzuciła tę skomplikowaną konstrukcję własnej tożsamości, na której zbudowanie poświęciłam całe życie. Możemy nawet odczuć pustkę, stratę, bezsens. Ale wtedy Maczik mówi: „spoczywaj”. Odpręż się w tym, co pozostaje, kiedy puszczasz wodze; spoczywaj w rozległej przestrzeni, kiedy wszystkie piłeczki, którymi żonglowałaś, spadły na ziemię. Puszczamy, poddajemy się, odprężamy się, raz po raz. Uczymy się spoczywać w przepastnych ramionach naszej prawdziwej natury. Tu też widać głębokie zakorzenienie Maczik w naukach Pradżniaparamity – wizerunku Wielkiej Matki, podstawy niemającej-podstawy. Rozluźniamy się z powrotem do naszej natury, otwartej i szerokiej, wszystko-obejmującej, wszystko-przenikającej. Zawsze obecnej. Nie musimy jej szukać, bo nigdy nie jest gdzie indziej. Nie musimy jej praktykować, bo już jest obecna. 

To może brzmieć jak jakieś wielkie, mistyczne doświadczenie, i do pewnego stopnia tak jest. Jednak możemy spocząć w naszej naturze w każdej chwili. Lubię sobie przypomnieć ten wers, kiedy zmywam. Nie szukaj. Zauważam miniaturowe fioletowe storczyki kwitnące na oknie. Nie praktykuj. Czuję gorącą wodę spływającą po moich dłoniach. Spoczywaj w swojej naturze. Srebrna patelnia ocieka, lśniąc w mojej dłoni.

A co z naszą życiową ścieżką? Czy przestaniemy dążyć? Czy przestaniemy praktykować? Nie, prawdopodobnie nie, może nigdy. Ale możemy trochę odpuścić. Być może nasze poszukiwania będą wtedy bardziej jak zabawa dzieci w chowanego niż jak śmiertelnie poważne wyprawa po świętego graala. Być może kiedy przestaniemy szukać, będziemy mogły cieszyć się zarówno znalezieniem, jak i nieznalezieniem czegoś. Być może docenimy bogactwo ciekawości dla niej samej. Spoczywać w swojej naturze to być gotową przeżywać wszystko, co życie nam w danej chwili przynosi. Bawimy się w chowanego z naszą naturą buddy i możemy być pewne, że raz po raz będziemy ją znajdować, czasami w najmniej spodziewanych miejscach. W twarzy kogoś, kim pogardzałyśmy, w zwrocie sytuacji, którego się w życiu nie spodziewałyśmy, w nagłej zmianie planów, która wytrąciła nas z obranej ścieżki. I jakże to jest wyzwalające!

Spoczywać w naszej naturze oznacza zaufać naszej podstawowej naturze, zaufać naszej wrodzonej przytomności, pełni. To jest pierwotne poczucie własnej wartości, „pierwotna dobra samoocena”, jak opisuje to Lama Tsultrim. Nie musimy nikomu udowadniać, że jesteśmy warte swojego życia. W końcu to potrzeba aprobaty, innych i nas samych, jest tym, co napędza nasze poszukiwania. Jeśli będziemy umiały się odprężyć, będziemy za każdym razem próbować, to naszym punktem wyjścia w każdym przedsięwzięciu będzie nasze własne poczucie wartości. Jesteś podstawą istnienia. Jako podstawa istnienia, co zrobisz? Co zamanifestujesz? O czym będziesz marzyć?

Esej ten częściowo powstał podczas odosobnienia sfinansowanego przez grant z Hemera Foundation i został pierwotnie opublikowany na stronie Lion’s Roar: Buddhist Wisdom for Our Time.

Tłumaczenie Sandra Hajduczek i Elżbieta Smoleńska

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close